Napisz do mnie

«Zatopiona katedra» Debussy’ego według Artura Benedettiego Michelangelego

Czym właściwie jest La cathédrale engloutie? Bretońską legendą przeobrażoną w dźwięk?

Z pewnością. Grą refleksów przypominającą światło drgające na kamieniu katedry w Rouen z obrazów Claude’a Moneta?

Być może.

A jednak, ilekroć słucham tego utworu w interpretacji Artura Benedettiego Michelangelego, odnoszę wrażenie, że kryje się w nim coś znacznie głębszego. Nie tyle opowieść o zatopionej budowli, ile obraz wewnętrzny – katedra jako idea, forma pogrzebana w zbiorowej pamięci, porządek wyłaniający się powoli z chaosu.

Nie wiem – i, prawdę mówiąc, nie jest to dla mnie najważniejsze – jakie były intencje Claude’a Debussy’ego. Wielka sztuka nie wymaga ostatecznych wyjaśnień; istnieje sama z siebie i pozostaje otwarta na kolejne odczytania. To właśnie Michelangeli nauczył mnie słuchać tego utworu w taki sposób – dostrzegać w nim wymiar wykraczający poza impresjonistyczną sugestię dźwięku.

W jego sztuce interpretacji tkwi fascynujący paradoks. Wszystko zdaje się wynikać z absolutnej dyscypliny, rygorystycznego poszanowania zapisu nutowego i architektonicznej precyzji formy. A jednak właśnie z tej surowości rodzi się świat znaczeń niezwykle subtelnych, niemal nieuchwytnych. Tam, gdzie wielu słyszy przede wszystkim barwę, Michelangeli odsłania konstrukcję.

Nie burzy impresjonistycznego świata Debussy'ego.

Pokazuje, że pod jego migotliwą powierzchnią istnieje precyzyjna architektura.

Zastanawiam się więc, czy rzeczywiście był interpretatorem wizjonerskim.

A może raczej rzemieślnikiem w najwznioślejszym znaczeniu tego słowa – jednym z tych artystów, którzy dzięki absolutnemu opanowaniu swojego warsztatu potrafią dotknąć czegoś, co przekracza ich samych.

W sztuce Michelangelego zawsze wyczuwa się pewien rodzaj ofiary. Nie jest to interpretacja nastawiona na efekt, lecz nieustanny akt wyrzeczenia – łatwego gestu, natychmiastowego uwodzenia słuchacza, podporządkowania muzyki własnemu ego. W jego stosunku do partytury pobrzmiewa niemal liturgiczna postawa, jakby każda nuta miała zostać raczej ofiarowana niż zaprezentowana. Dzięki temu utwór stopniowo ożywa – nie jako zewnętrzny obraz, lecz jako doświadczenie głęboko uwewnętrznione.

Katedra Michelangelego nie jest impresjonistyczną wizją rozmytych konturów. To budowla o niezwykłej wewnętrznej spoistości, nawet wtedy, gdy zdaje się rozpływać w świetle i ciszy. Widzę w niej raczej gotycką konstrukcję – doskonały system proporcji, zależności i napięć, w którym każdy element pozostaje niezbędny dla istnienia całości.

Każdy element ma swoje miejsce, każdy szczegół okazuje się konieczny. A jednak, podobnie jak w architekturze gotyckiej, materialna solidność tej konstrukcji stopniowo ulega dematerializacji, ustępując miejsca czemuś znacznie subtelniejszemu – niemal duchowemu.

Najbardziej fascynuje mnie zdolność Michelangelego do ukazywania tej struktury bez obciążania jej ciężarem. Harmonia nigdy nie staje się u niego czymś statycznym ani ostatecznym; rodzi się pod palcami chwila po chwili, jakby budowała się na oczach słuchacza. Wystarczy drobny gest, pojedyncza fraza, by przeczuć architekturę całej kompozycji.

U Debussy'ego forma nigdy nie jest zamkniętym schematem, lecz przestrzenią nieustannej interpretacji. Tworzy sieć aluzji, skojarzeń i odniesień do idei, której nigdy nie sposób uchwycić w pełni. Michelangeli zdaje się rozumieć tę wieloznaczność w sposób niemal absolutny – nie usuwa jej, lecz wydobywa z niej wewnętrzną logikę. I właśnie dzięki temu forma przekracza samą siebie, odsłaniając znaczenia, których nie da się wyrazić słowami.

Są chwile, gdy ta dźwiękowa katedra naprawdę wydaje się wyłaniać z wody. Proces ten rozpoczyna się niemal bezgłośnie: zapisane w dynamice pianissimo akordy, głębokie i szeroko rozłożone, wyłaniają się z ciszy niczym odległy głos dzwonów. Stopniowo brzmienie nabiera masy i intensywności, a katedra odsłania przed słuchaczem swoją monumentalną architekturę.

Oktawy wznoszą się niczym filary, a pomiędzy nimi melodia płynie jakby zawieszona w czasie. W niektórych fragmentach można niemal usłyszeć echo średniowiecza – otwarte interwały kwart i kwint przywołują brzmienie dawnej muzyki sakralnej.

I nagle perspektywa się zmienia. W bardzo niskim rejestrze pojawia się ciche, jednostajne pulsowanie – głuche i niemal odrealnione. Na jego tle powraca wcześniejszy motyw, który zgodnie ze wskazówką samego Debussy’ego ma zabrzmieć „jak echo wcześniej usłyszanej frazy”. Nie jest już stanowczą deklaracją, lecz odległym wspomnieniem. To jedna z tych chwil, w których czas zdaje się zatrzymywać.

Brzmienie Michelangelego pozostaje niepowtarzalne – nie tylko piękne, lecz wewnętrznie konieczne. Każdy akord posiada własny ciężar, głębię i uzasadnienie. Nie ma tu nic przypadkowego ani niczego pozostawionego wyłącznie dla przyjemności ucha. A jednak właśnie z tej rygorystycznej konsekwencji rodzi się szczególny rodzaj piękna – piękna, które można by nazwać arystokratycznym w najpełniejszym znaczeniu tego słowa.

Być może właśnie to stanowi dziś największe wyzwanie dla interpretacji Debussy'ego. Zbyt często jego muzyka sprowadzana jest do gry barw, do migotliwej powierzchni pozbawionej konstrukcyjnej logiki. Tymczasem bez precyzji, bez wewnętrznej dyscypliny i formalnego napięcia to, co mogłoby stać się katedrą, pozostaje jedynie odbiciem na wodzie.

Michelangeli natomiast buduje. A budując – odkrywa. Jego interpretacja nie ogranicza się do dostarczania estetycznej przyjemności; staje się zaproszeniem do zrozumienia, a może raczej do intuicyjnego przeczucia tego, czego nie sposób wypowiedzieć. Bo ostatecznie w każdym wielkim dziele pozostaje coś, co nieustannie wymyka się ostatecznej interpretacji.

Być może właśnie w tym kryje się najgłębszy sens tej muzyki. Katedra wyłania się z mroku, pozwala się dostrzec, po czym znów powoli w nim znika. Nigdy jednak nie zanurza się całkowicie. Pozostaje po niej ślad – niczym odległe światło, które uparcie przenika ciemność.

Katedra w Rouen według Claude'a Moneta


crossmenu