Czy można stworzyć sztukę ambitną, która nie traci kontaktu z ludźmi?

Czy można stworzyć sztukę ambitną, która nie traci kontaktu z ludźmi?
Wydaje się, że przepis na sukces musicalu jest prosty.
Potrzeba kilku melodii, które publiczność będzie nucić jeszcze w drodze do domu.
Kilku piosenek, które trafią do radia.
Kilku refrenów, które zostaną w pamięci.
Stephen Sondheim postanowił zrobić coś dokładnie odwrotnego.
Przez całe życie tworzył musicale, które podziwiano bardziej niż śpiewano.
Jego muzyka bywała skomplikowana. Nie zawsze łatwa. Nie zawsze wygodna.
A jednak wielu krytyków uważa go za najważniejszego twórcę musicalu XX wieku. To właśnie jego często nazywa się człowiekiem, który zrewolucjonizował amerykański teatr muzyczny.
Jak to możliwe?
Być może dlatego, że Sondheim nie próbował pisać przebojów.
Próbował opowiadać o ludziach.
Urodzony w 1930 roku kompozytor rozpoczął wielką karierę jako autor tekstów do legendarnego musicalu West Side Story, do którego muzykę napisał Leonard Bernstein. Później stworzył własne dzieła, które na trwałe weszły do historii teatru muzycznego.
Najbardziej znanym z nich pozostaje Sweeney Todd.

Trudno wyobrazić sobie temat mniej „musicalowy”. To historia londyńskiego fryzjera, który po latach niesprawiedliwego uwięzienia powraca, by dokonać zemsty. Zabija swoich klientów, a ich ciała trafiają do pasztecików sprzedawanych przez jego wspólniczkę. Brzmi bardziej jak gotycki horror niż materiał na wieczór pełen śpiewu.
A jednak właśnie ten mroczny musical stał się jednym z największych osiągnięć Sondheima.
Co ciekawe, osoby analizujące jego muzykę zwracają uwagę na coś bardzo nietypowego. W Sweeney Todd brakuje łatwych, chwytliwych melodii, które zwykle kojarzymy z musicalem. Są za to skomplikowane struktury muzyczne, liczne duety, tercety, kwartety, partie chóralne oraz muzyka podporządkowana dramaturgii opowieści.
To właśnie tutaj zaczyna się prawdziwa historia Sondheima.
Większość twórców marzy o tym, by publiczność wychodziła z teatru nucąc ich piosenki.
On chciał, aby wychodziła myśląc.
Interesowała go psychologia postaci, ich lęki, obsesje i pragnienia. Nawet aktorzy wcielający się w jego bohaterów podkreślali, że nie wystarczy ich zagrać. Trzeba ich zrozumieć. Odtwórca roli Sweeneya Todda, Jacenty Jędrusik, mówił, że kluczem do tej postaci nie jest jej demoniczność, lecz człowieczeństwo i próba zrozumienia człowieka zniszczonego przez żądzę zemsty.
Być może właśnie dlatego dzieła Sondheima są tak trudne do jednoznacznego zakwalifikowania.
Niektórzy widzą w nich musicale.
Inni opery.
Jeszcze inni dramaty psychologiczne z muzyką.
Sam reżyser polskiej inscenizacji Sweeney Todd określał ten utwór jako wielopoziomowy dramat muzyczny balansujący pomiędzy musicalem a operą, inspirowany surrealizmem, ekspresjonizmem i europejską tradycją teatralną.
A jednak, mimo całej tej artystycznej złożoności, Sondheim nie pozostał twórcą niszowym.
Zdobył dziewięć nagród Tony, trzynaście Drama Desk Awards, sześć Laurence Olivier Awards, Nagrodę Pulitzera oraz Oscara za piosenkę Sooner or Later (I Always Get My Man) napisaną do filmu Dick Tracy. Jego utwory wykonywali między innymi Barbra Streisand, Judy Collins, Madonna i Liza Minnelli.
To prowadzi do pytania znacznie ciekawszego niż sama biografia kompozytora.
Czy sztuka naprawdę musi być łatwa, aby zdobyć publiczność?
Współczesny świat często sugeruje, że tak.
Że wszystko powinno być natychmiast zrozumiałe.
Szybkie.
Proste.
Łatwe do skonsumowania.
Twórczość Sondheima przypomina jednak o czymś innym.
Niektóre dzieła nie uwodzą nas od pierwszego spotkania. Brytyjski filozof Roger Scruton zwracał uwagę, że najcenniejsze doświadczenia estetyczne często nie są natychmiastowe. Niektóre znaczenia odsłaniają się stopniowo, wymagając czasu, uważności i cierpliwości. Podobnie jest z przyjaźnią, miłością czy zrozumieniem drugiego człowieka – rzeczy naprawdę wartościowe rzadko zdobywamy od razu. Tak jak nie każda książka jest powieścią przygodową, tak nie każdy musical musi być zbiorem przebojów.
Czasem sztuka nie chce, abyśmy ją nucili.
Czasem chce, abyśmy się nad nią zatrzymali.
I być może właśnie dlatego Stephen Sondheim pozostaje jednym z najważniejszych twórców teatru muzycznego.
Nie dlatego, że pisał melodie, które łatwo zapamiętać.
Lecz dlatego, że tworzył historie, o których trudno zapomnieć.
Włoski pisarz i filozof Umberto Eco pisał o tak zwanym „dziele otwartym”. Według niego niektóre utwory nie podają gotowych odpowiedzi. Zmuszają odbiorcę do współtworzenia znaczeń, do zadawania pytań i własnych interpretacji. Być może właśnie dlatego twórczość Sondheima nadal fascynuje kolejne pokolenia widzów. Nie daje łatwych odpowiedzi. Pozostawia przestrzeń do myślenia.
W gruncie rzeczy historia Stephena Sondheima jest częścią znacznie starszego sporu.
Spór ten powraca w każdej epoce i w każdej dziedzinie sztuki.
Czy dzieło powinno być przede wszystkim przyjemne?
Czy powinno dostarczać rozrywki?
A może jego zadaniem jest prowokować do myślenia, zadawać niewygodne pytania i zmuszać odbiorcę do wysiłku?
Niektórzy twórcy wybierają pierwszą drogę. Tworzą dzieła łatwo przyswajalne, natychmiast zrozumiałe, dające odbiorcy szybką satysfakcję.
Inni wybierają drogę trudniejszą.
Ryzykują niezrozumienie.
Godzą się na to, że nie wszyscy będą ich podziwiać.
Ale wierzą, że sztuka może być czymś więcej niż rozrywką.
Może być spotkaniem z czymś nowym.
Może poszerzać nasze spojrzenie na świat.
Może zmieniać sposób, w jaki myślimy o sobie samych.
Sondheim należał właśnie do tej drugiej grupy.
Nie rezygnował z melodii dlatego, że nie potrafił pisać przebojów. Wręcz przeciwnie. Jego utwory wielokrotnie trafiały na listy przebojów, wykonywali je najwięksi artyści amerykańskiej sceny muzycznej, a za piosenkę Sooner or Later otrzymał Oscara.
Wydaje się jednak, że interesowało go coś więcej niż natychmiastowa popularność.
Chciał tworzyć dzieła, które pozostają w pamięci nie dlatego, że łatwo je zanucić, lecz dlatego, że trudno o nich zapomnieć.
Być może jednak prawdziwie wielka sztuka nie polega na wyborze jednej z tych dróg. Brytyjski filozof Roger Scruton zauważał, że wyjątkową cechą wielu amerykańskich kompozytorów było budowanie mostów między kulturą wysoką a popularną. Nie chodziło o upraszczanie sztuki ani o zamykanie jej w elitarnej wieży z kości słoniowej. Chodziło raczej o stworzenie dzieł, które pozostają ambitne, a jednocześnie potrafią poruszyć szeroką publiczność. Być może właśnie dlatego twórczość Sondheima jest tak interesująca. Jego musicale nie rezygnują z intelektualnej głębi, ale nigdy nie tracą kontaktu z żywym człowiekiem.
Filozofowie estetyki od dawna zwracali uwagę, że sztuka nie jest wyłącznie źródłem przyjemności. Jej zadaniem może być także poszerzanie doświadczenia. Dzięki niej przez chwilę patrzymy na świat cudzymi oczami, przeżywamy cudze lęki, pragnienia i nadzieje. Być może właśnie dlatego najważniejsze dzieła pozostają z nami na długo po zakończeniu spektaklu, lektury czy koncertu.
Być może więc pytanie nie brzmi:
Czy sztuka powinna być łatwa czy trudna?
Być może ważniejsze jest inne:
Czy po spotkaniu z dziełem pozostajemy tacy sami jak wcześniej?
Jeśli odpowiedź brzmi „nie”, być może sztuka spełniła już swoje najważniejsze zadanie.